M potrzebuje wózka żeby się poruszać poza domem. po domu radzi sobie bez niego, ale tylko po domu. ma niesamowite problemy z równowagą, szybko się męczy, ma niedowład prawej nogi, itp itd. więc wózek.
M potrzebuje wózka już od 12 lat. i dopiero teraz kupiliśmy swój. do tej pory mieliśmy antyczny wózek, który ma już chyba z ponad 40 lat i był odzyskany ze szpitalnego złomu. niewygodny, toporny, zero zwrotności, zero amortyzacji, wielki, ciężki, trzeszczący i odmawiający co chwile posłuszeństwa. nie z braku pieniędzy nowy - nfz zrefundował nam 100% ceny. po prostu przez fakt, że O miał to w dupie jak zwykle i nie chciało mu się ruszyć, żeby to załatwić.
dopiero ja musiałam (teraz, kiedy już nie mam 13 lat i mogę załatwiać takie rzeczy) rozedrzeć buzię, że wózek musi być, a potem wszystkie formalności ogarnąć. no i jest. i tak nie taki jak chciałam, bo O poszedł za moimi plecami do lekarza, który wypisywał zlecenie, i powiedział mu, że absolutnie nie chcemy takiego porządniejszego z doczepianym oparciem pod głowę, tylko zwyczajny najbardziej podstawowy. ok, taki może i wystarczy... ale M chyba z milion razy powtórzyła, że oparcie pod głowę byłoby dla niej zbawieniem... nie męczyłaby się tak szybko... dlatego np w fotelu przed telewizorem może siedzieć godzinami, bo tam może oprzeć głowę. to w jej przypadku wszystko zmienia. ale O to wredna pierdoła co musi mieć wszystko po swojemu, nawet jeżeli to znaczy że będzie gorzej.
my point is: czemu przez całe lata wcześniej nie można było tego załatwić? no czemu? znowu czuję, jakbym miała wielką górę lodową na swoich plecach... lodową, bo lodowa na wierzchu pokazuje tylko kawałek, a tak naprawdę cały jej ogrom jest na pierwszy rzut oka niedostrzegalny
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz