a do tego znowu pokłóciłam się z J. nie, nie, nie. bo "pokłóciłam się" sugeruje obopólną winę. więc zacznę inaczej.
a do tego J znowu zachował się jak wredny egocentryczny dupek względem mnie. i co z tego, że mamy dzisiaj iść razem na jakieś urodziny do jakiegoś jego kumpla. jeżeli myśli, że po tym, co wczoraj odstawił, mam ochotę wogóle na niego patrzeć, to niech pomyśli jeszcze raz.
Moje życie z M...
sobota, 10 listopada 2012
cztery kółka
M potrzebuje wózka żeby się poruszać poza domem. po domu radzi sobie bez niego, ale tylko po domu. ma niesamowite problemy z równowagą, szybko się męczy, ma niedowład prawej nogi, itp itd. więc wózek.
M potrzebuje wózka już od 12 lat. i dopiero teraz kupiliśmy swój. do tej pory mieliśmy antyczny wózek, który ma już chyba z ponad 40 lat i był odzyskany ze szpitalnego złomu. niewygodny, toporny, zero zwrotności, zero amortyzacji, wielki, ciężki, trzeszczący i odmawiający co chwile posłuszeństwa. nie z braku pieniędzy nowy - nfz zrefundował nam 100% ceny. po prostu przez fakt, że O miał to w dupie jak zwykle i nie chciało mu się ruszyć, żeby to załatwić.
dopiero ja musiałam (teraz, kiedy już nie mam 13 lat i mogę załatwiać takie rzeczy) rozedrzeć buzię, że wózek musi być, a potem wszystkie formalności ogarnąć. no i jest. i tak nie taki jak chciałam, bo O poszedł za moimi plecami do lekarza, który wypisywał zlecenie, i powiedział mu, że absolutnie nie chcemy takiego porządniejszego z doczepianym oparciem pod głowę, tylko zwyczajny najbardziej podstawowy. ok, taki może i wystarczy... ale M chyba z milion razy powtórzyła, że oparcie pod głowę byłoby dla niej zbawieniem... nie męczyłaby się tak szybko... dlatego np w fotelu przed telewizorem może siedzieć godzinami, bo tam może oprzeć głowę. to w jej przypadku wszystko zmienia. ale O to wredna pierdoła co musi mieć wszystko po swojemu, nawet jeżeli to znaczy że będzie gorzej.
my point is: czemu przez całe lata wcześniej nie można było tego załatwić? no czemu? znowu czuję, jakbym miała wielką górę lodową na swoich plecach... lodową, bo lodowa na wierzchu pokazuje tylko kawałek, a tak naprawdę cały jej ogrom jest na pierwszy rzut oka niedostrzegalny
M potrzebuje wózka już od 12 lat. i dopiero teraz kupiliśmy swój. do tej pory mieliśmy antyczny wózek, który ma już chyba z ponad 40 lat i był odzyskany ze szpitalnego złomu. niewygodny, toporny, zero zwrotności, zero amortyzacji, wielki, ciężki, trzeszczący i odmawiający co chwile posłuszeństwa. nie z braku pieniędzy nowy - nfz zrefundował nam 100% ceny. po prostu przez fakt, że O miał to w dupie jak zwykle i nie chciało mu się ruszyć, żeby to załatwić.
dopiero ja musiałam (teraz, kiedy już nie mam 13 lat i mogę załatwiać takie rzeczy) rozedrzeć buzię, że wózek musi być, a potem wszystkie formalności ogarnąć. no i jest. i tak nie taki jak chciałam, bo O poszedł za moimi plecami do lekarza, który wypisywał zlecenie, i powiedział mu, że absolutnie nie chcemy takiego porządniejszego z doczepianym oparciem pod głowę, tylko zwyczajny najbardziej podstawowy. ok, taki może i wystarczy... ale M chyba z milion razy powtórzyła, że oparcie pod głowę byłoby dla niej zbawieniem... nie męczyłaby się tak szybko... dlatego np w fotelu przed telewizorem może siedzieć godzinami, bo tam może oprzeć głowę. to w jej przypadku wszystko zmienia. ale O to wredna pierdoła co musi mieć wszystko po swojemu, nawet jeżeli to znaczy że będzie gorzej.
my point is: czemu przez całe lata wcześniej nie można było tego załatwić? no czemu? znowu czuję, jakbym miała wielką górę lodową na swoich plecach... lodową, bo lodowa na wierzchu pokazuje tylko kawałek, a tak naprawdę cały jej ogrom jest na pierwszy rzut oka niedostrzegalny
czwartek, 1 listopada 2012
czy mając 22 lata powinnam mieć poczucie winy po dniu spędzonym obok M, a nie z nią?
czy powinnam się wstydzić tego, że ona męczy? nawet, kiedy zachowuje się normalnie, nic jej nie odpierdziela, nie miesza mnie z błotem i nie ma kosmicznych wymagań... i tak ona mnie męczy.
patrzenie na nią męczy.
chyba jestem okropna.
czy powinnam się wstydzić tego, że ona męczy? nawet, kiedy zachowuje się normalnie, nic jej nie odpierdziela, nie miesza mnie z błotem i nie ma kosmicznych wymagań... i tak ona mnie męczy.
patrzenie na nią męczy.
chyba jestem okropna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)